Poszłam do swojego pokoju, gdzie rzuciłam się na łóżko i leżałam tak chyba z dziesięć minut, tępo wpatrując się w ścianę. Mój koszmar znowu powrócił, koszmar przed którym uciekałam tak długo. Byłam pewna, że gdy nadejdzie czas, to zdobędę siły, by stawić temu czoła, ale teraz zrozumiałam, jaka ze mnie idiotka. Wystarczyła jedna, głupia sytuacja, żeby wyprowadzić mnie z równowagi, poczułam się tak, jak tamtego dnia, a nawet tysiąc razy gorzej, bo wiedziałam już teraz jakie były tego następstwa, że jednego, głupiego wieczoru straciłam najbliższą mi osobę oraz wszystko, wszystko co miałam - spokojne życie, rodzinę, samą siebie. Nic już nie miało sensu. Często miałam ochotę popełnić samobójstwo - ale chciałam pomścić Charliego i dlatego tego nigdy nie zrobiłam. A teraz? Nie mogłam zostawić Akademii na pastwę tego wilkołaka. Nie mogłam oddac wszystkiego bez walki.
Cieszyłam się, że moich współlokatorek nie ma, gdyż mogłam w spokoju sobie popłakać, a także... Wstałam i wyciągnęłam z torby moją kosmetyczkę. Gdy wyjechałam z domu postanowiłam sobie, że już nigdy tego nie zrobię, ale cóż - widać jaka silna jestem. Może, gdybym w ogóle nie zabierała ze sobą tych żyletek... Nie mogłam jednak postąpić inaczej, nic mi tak nie pomagało jak samookaleczanie się, oczyszczało umysł, pomagało zapomnieć. Po chwili na moim lewym przedramieniu powstały dwie, cienkie rany. Zakryłam je rękawem i poszłam do toalety umyć żyletkę. Następnie schowałam ją do kosmetyczki i znowu położyłam się do łóżka. Bol fizyczny zagłuszył ból psychiczny. Miałam nadzieję, że teraz może zasnę. Ramię piekło mnie, szczypało, ale znałam to uczucie - kochałam je. Było dla mnie czymś naturalnym, jak oddychanie czy bicie serca, chociaż całkiem zaprzeczało obu tym czynnościom.
Zapadając w sen, wspominałam tamten wieczór - ten, gdy zostałam przemieniona w wilkołaka. Pod zamkniętymi powiekami, oczyma wyobraźni, przeżywałam to wiele razy, widziałam siebie stojącą na balkonie, księżyc w pełni wynurzający się zza horyzontu, Charliego obok mnie. Otwieram usta, chcę mu coś powiedzieć, ale zamiast tego krzyczę:
- Coś tam jest!
Chłopak odwraca się w kierunku, który wskazuję i śmieje się cicho ze mnie, jak to miał w zwyczaju. Wiedział jaka jestem strachliwa i boję się byle cienia za oknem, który wywołuje gałąź.
- Czyżby odwiedził nas jakiś zbłąkany wampir, albo wilkołak? - Kpi, ale widzi, że naprawdę jestem przerażona, dlatego postanawia to sprawdzić. - Obiecaj mi tylko, że nie wyjdziesz sama poza dom.
- Dobrze. Obiecuję.
Wtedy widziałam go ostatni raz. Pamiętam do dziś jak się oddala tym pewnym krokiem, wyprostowany, otwiera drzwi, a potem znika w ciemnościach.
Jakiś wewnętrzny głos coś mi podpowiada, każe mi zwrócić na coś uwagę, czuję jak krzyczy we mnie...
Obiecaj mi tylko, że nie wyjdziesz sama poza...
Obiecaj mi tylko, że nie wyjdziesz sama poza...
Obiecaj mi tylko, że nie wyjdziesz sama poza BUDYNEK AKADEMII!
- Seeley! - Krzyczę zrywając się z łóżka. Mokry pot spływa mi po plecach, ramie boli jeszcze bardziej niż przedtem, nie wiem która jest godzina, ani ile spałam, wiem jedno - Seeley grozi niebezpieczeństwo.
- Co się stało? - Zapytała jakaś dziewczyna, stojąc na progu, to pewnie moja współlokatorka, ale nie zwróciłam na nią uwagi, popchnęłam ją tylko w przejściu i pobiegłam do pokoju mojej koleżanki.
- Gdzie jest Seeley? - Otworzyłam z impetem drzwi. Na podłodze siedziały jakieś dwie dziewczyny, popatrzyły na mnie jak na wariatkę. Seeley wśród nich nie było. Wiedziałam to zresztą już wcześniej.
- Nie wiem, nie widziałam jej w ogóle dzisiaj - odpowiedziała mi jedna z nich. Przeklęłam cicho i uderzyłam pięścią we framugę. Szukałam jej po całej szkole, pytałam wszystkich czy jej nie widzieli, bałam się jednak pójść po nauczycieli w obawie, że Seeley będzie na mnie zła, gdy wróci. Nie pozostało mi nic, tylko czekać.
--------
Przez całą noc nie zmrużyłam oka, wydawało mi się, że nie zobaczę Seeley już nigdy w życiu, wyobrażałam ją sobie martwą, leżącą gdzieś w krzakach. Co ze mnie za idiotka, dlaczego nikomu o tym nie powiedziałam! Pobiegłam rano do jej pokoju, współlokatorki mojej koleżanki jednak już wyszły i nikt mi nie otworzył.
Nie mogłam skupić się na żadnych zajęciach, chodziłam po Akademii niczym zjawa, gdy nagle ujrzałam na korytarzu... Seeley!
- Gdzie ty, do cholery, wczoraj byłaś?! - Krzyknęłam wściekła jak nigdy w życiu, gdy ujrzałam jej bandaż i uświadomiłam sobie, że ona jednak żyje, po czym rzuciłam jej się na szyję. - Myślałam, że już po tobie! Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Co ci się stało?
Seeley?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz